W ubiegłym tygodniu przytrafiło mi się coś, co wprawiło mnie w zdziwienie i zachwyt. Dzień na pozór wyglądał normalnie, po prostu kolejna kartka z kalendarza. Te same czynności, spacer, domowa rutyna. Kilka rozmów ze znajomymi, o wszystkim i o niczym. Jedna z tych rozmów była nieco głębsza. Wchodziła w przestrzenie, w których zazwyczaj nie czułam się komfortowo. Zawsze w wyniku takiej pogawędki, a raczej po niej, czułam przysłowiową kulkę w brzuchu, smutek, tonę żalu, sto kilo pretensji, tudzież nawałnicę skierowanych przeciwko sobie myśli. A tu nic. Koniec rozmowy, a ja czuję, że coś zadziało się inaczej, niż zawsze. Stanęłam na moment i czuję uważnie siebie. Eureka! Przecież nie targają mną żadne emocje! Owszem, pojawia się kilka myśli, ale nie są one przyprawione żadną emocją. Boże, jaka to ulga! Pomyślałam, że to jest właśnie wolność. Wolność i akceptacja, tego, co jest. Ba! Wolność, akceptacja tego, co jest i brak kontroli nad tym, co dookoła. Zaczęłam zastanawiać się, co się stało, że to "odpadło". Pomyślałam, a raczej odczułam, że jest to wynik pracy nad zdrowym poczuciem własnej wartości. Niby jedna rzecz, a ile innych pozytywnych aspektów za sobą pociąga (czyt. wspomniana wolność, brak kontroli, akceptacja). Nad zdrowym poczuciem własnej wartości pracowałam rozmaitymi metodami. Wykorzystywałam swoją intuicję oraz kreatywność do tworzenia ćwiczeń, wspierałam się ćwiczeniami z książek, wywiadów oraz metodą Delicious Life (met. Moniki i Jarka Jakubczak). Ponadto, wiecie, jak to jest. Gdy jest gotowość na przepracowanie konkretnego tematu, nagle pojawiają się artykuły, cytaty, ludzie oraz wiele innych odpowiedzi i inspiracji, które "służą" naszej transformacji. Nic nie jest jednak na zawsze. Bez udziału naszej świadomości, czy wysiłku (przynajmniej na początku zmiany) znów możemy wpaść na dawne tory. Zanim nowa jakość wejdzie w nawyk, "trza" się trochę postarać. Przykład z życia wzięty: dziś rano, rozmawiałam przez telefon z moim mężem. Opowiadał sytuację, która pośrednio dotyczyła również mnie. W wyniku tej rozmowy automatycznie "weszłam" w rolę ofiary. Po czym, sytuacje, z poprzedniego tygodnia, o których wspominałam "powróciły" do mnie z negatywnym zabarwieniem. Czułam, że tonę w bagnie mentalnych utyskiwań, tym razem z lekko emocjonalną nutą. Nie było mnie tu i teraz. Nagle stanęłam, jak wryta i zapytałam siebie na głos: - co się dzieje? Poczułam, że stare nawyki, z automatu wchodzą w nową przestrzeń i jeśli popłynie się z nimi, to wracamy na stare śmieci. Tu kolejna niesamowita dla mnie sprawa: po uświadomieniu sobie tego, o czym mowa w powyższym wersie, ponownie wszystko "puściło". Poczułam wolność i swobodę, a nawet, choć jestem w mieszkaniu i okna są zamknięte, mogłabym przysiąc, że w moich włosach zahulał wiatr :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz