- Halo, to ja, mówię do ciebie! Znajomy, cichy, acz zarazem mocny głos przemówił do mnie z wnętrza.
- Co tam znowu? Odpowiedziałam myślą. - Zmieniam pieluchę, nie mam czasu na dyskusje.
- Ale to żadna dyskusja, mam tylko informację, odrzekł głos i zanim dopuścił mnie do "rozgadania" już słyszałam zadanie.
- Masz kupić w sklepie plastycznym płótno o największych rozmiarach i czarny flamaster.
Tym razem nie kwestionowałam, ba! Nawet nie odpowiedziałam, tylko w trybie natychmiastowym wykonałam. Czułam bowiem, że szykuje się niespodzianka od rdzenia mej własnej Istoty. Hmmmm, pomyślałam, ciekawam, cóż z tego wyniknie.
Po kilku dniach, Pan kurier wniósł do mnie płótno o dużych rozmiarach, a ja zaraz potem je rozpakowałam i ... zamarłam.
- Ja pierdziu - pomyślałam, i co ja na tym kolosie namaluję? Szczególnie teraz, kiedy chwytam każdą, krótką chwilę, wolną od opieki nad synkiem. No, dobra, myślenie nie idzie mi najlepiej, zobaczę, co przyniesie kolejny dzień.
No i przyniósł. Następne zadanie: - namaluj na tym płótnie kobietę wolną, z rozwianym włosem i piórami.
- Aha! Super, zadzieram kiecę i lecę... pomyślałam nieco ironicznie. Płótno patrzyło na mnie smutno przez kolejnych kilka dni.
Aż nadszedł moment, kiedy poczułam, że mam mu coś do powiedzenia, a raczej do namalowania. Wzięłam zatem zamówiony czarny flamaster i namalowałam: rachu-ciachu. Zajęło mi to coś około pół godziny. Syn bawił się na kocu obok i rzucał zaciekawione spojrzenia na artystyczne wydanie matki.
W takim stanie obraz przeczekał dni kilka. Doczekał się zbratania z kolorami. Szybko i intuicyjnie wybrałam barwy i rozpoczęłam malowanie. Przy pierwszym dotknięciu pędzla spostrzegłam, że flamaster nie jest wodoodporny i wszystko się rozmywa. W mojej głowie zahuczały słowa: - kurczę, spieprzę ten obraz, no jak nic go spieprzę! Znajomy "cichy, acz mocny" odparł: ZAUFAJ, ZAUFAJ. Pod wpływem tych słów, ręce pracowały dalej. Maluszek słodko spał, dając mi duże pole manewru. Dłonie skończyły. Poczułam, że to koniec pracy z tymże obrazem. Spojrzałam na niego z prawa, potem z lewa i an face i zadałam sobie pytanie: - czy on jest ładny? Na to "cichy acz mocny" rzekł: on po prostu jest. - Ok pomyślałam, on po prostu jest. Zdałam sobie sprawę, że w krótkim momencie przestałam odczuwać potrzebę, by go "przymiotnikować". Właściwie, to nie interesuje mnie nawet, jak "przymiotnikowaliby" go inni. Bardziej ciekawi mnie, co odczuwają na jego widok, jaką część w nich wybudza, lub jakie jakości wnosi.
Jaki z tego morał, a nawet dwa? ZAUFANIE.
Na ile ufasz?
- Ooooooo tak, ja ufam, bardzo ufam. Ufam Mamie, ufam Babci, Panu Zenkowi z przystanku.
- Tak, ja to wiem, ale na ile ufasz własnemu "cichemu, acz mocnemu"? Temu, który podszeptuje, cóż uczynić, by stworzyć dla siebie najkorzystniejsze przestrzenie? Ile razy zdeptałeś go własną logiką? Ja robiłam to razy wiele, ale to już przeszłość.
O czym to jeszcze? Aaaaa no tak, o przymiotnikowaniu. Nie ważne, czy ładny, brzydki, kulawy, czy odlotowy. Ważne,że:
przyniósł zaufanie w nowe i niekonwencjonalne rozwiązania,
przyniósł odwagę do eksperymentowania,
przyniósł umiejętność przenoszenia własnych wizji na duże gabaryty,
przyniósł rozmach,
zrozumienie, że, żeby zrobić coś dużego i niosącego wiele lekcji nie trzeba się naharować
i...
jako bonus dał uczucie wolności i pobudził do wyrażania się w ruchu, bo co na niego patrzę, to mam ochotę tańcować :)
Czy to nie jest przestrzeń dostatku?
- Owszem, że jest - odpowiedział "cichy acz mocny".....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz