Bawiłam się dziś z moim dzieckiem. Goniliśmy się po pokojach, grając w berka, chowaliśmy za zasłonami, robiąc zaskakujące a ku-ku i malowaliśmy na dużych arkuszach papieru. Niby dawałam siebie w 100%, ale czułam, że coś mnie hamuje. Tak, jakbym obawiała się, że jak zatracę się na maksa w tej zabawie, postradam zmysły, lub zostanę oceniona niewidzialnym okiem. Gdy dotarło do mnie, że sama ograniczam się niewidzialną smyczą, zrobiło mi się smutno. Temat dziecięcej radości jest ze mną, ostatnimi czasy za "pan brat". Szukam swojej prawdy i miłości do siebie. Czy możliwym jest, bym je znalazła, a raczej na nowo w sobie odkryła bez niej? Tej, wspomnianej powyżej dziecięcej radości? Raczej nie. Po tych przemyśleniach bawiłam się dalej. Pozwalając sobie na taką beztroskę, na jaką jestem gotowa na ten moment. A skąd owa kontrola, stopująca dziką, pełną "spontana" zabawę? Pewnie z okresu dzieciństwa. Wtedy, kiedy nie wolno było łazić po drzewach, bo wypadało być grzeczną dziewczynką...
A gdybym tak miała bezpieczne i korzystne podłoże do rozwoju będąc dzieckiem? Czy wówczas musiałabym odkopywać swoją prawdę i auto-miłość? Czy musiałabym luzować niewidzialny "hamulec"? Gdy jesteśmy dziećmi, przeglądamy się w oczach swoich rodziców. Ich aprobata i zadowolenie jest dla nas największą "nagrodą". Kiedy jesteśmy na tyle rozwinięci, by spostrzec te "niuanse", zaczynamy wchodzić w rozmaite role, by zadowolić swoją Macierz. Wtedy zachodzi oderwanie się od swojej prawdy. Zaczynamy udawać kogoś, kim nie jesteśmy i tak się do tego przyklejamy, że po kilkunastu, czy kilkudziesięciu latach, zupełnie nie wiemy, kim na prawdę jesteśmy. Nie chodzi mi oczywiście o oskarżanie swoich rodziców. Owszem, popełnili wiele gaf. Wiem jednak, że wychowali mnie najlepiej, jak potrafili i w imię panujących w komunistycznej Polsce zasad.
Dziś, z perspektywy czasu czuję, że najbardziej dotkliwe w skutkach było negowanie mojej natury. Byłam dziewczynką spokojną, uwielbiającą wszelkie manualne prace. Często słyszałam słowa krytyki, że jestem za bardzo wycofana, "dziamdziowata", że nie poradzę sobie w życiu. Mimo, że byłam mała, czułam smutek. Było mi najzwyczajniej w świecie przykro, że nie spełniam oczekiwań, że jestem gorsza od przebojowej Kasi, wygadanej Moniki, wysportowanego Mateusza... Ciągle ktoś z dorosłych wiedział lepiej ode mnie. Co lubię, co powinnam, etc. Wówczas zaczęłam "hamować" samą siebie.
Nie jestem idealną mamą. Coraz częściej jednak "łapię" szersze spojrzenie na relację z dzieckiem. Swoim własnym i tym wewnętrznym. Pozwalając i temu i temu na więcej. Nie znaczy to, że przekraczają moje granice, czy wchodzą w sytuacje zagrażające życiu, ale z ciekawością eksplorują świat, odrzucając konwenanse, to, co wypada, czy to, co trzeba (czyt. zjedz - mimo, że nie jesteś głodny, bo tak trzeba, załóż podwójne rajtuzy - chociaż nie jest ci zimno - bo tak trzeba, itepe, itede). Życzę sobie, by moja perspektywa wciąż się poszerzała, dając możliwość na utulenie i otoczenie miłością wewnętrznego dziecka i bycie w fajnej interakcji z moim synkiem. Dlaczego najpierw wymieniam wewnętrzne dziecko, a potem swoją latorośl? Ponieważ, na ten moment jestem przekonana, że jeśli nie uzdrowię tego, co w środku, nie ma szans, bym z własnym dzieckiem egzystowała na zdrowej płaszczyźnie. Mogę przeczytać masę książek, brać udział w warsztatach i starać się trzymać wyuczonych zasad. Dziecko i tak odbierze to, czym wibruję, a nie to, co faktycznie mówię i przedstawiam mimiką. Ale o tym napiszę w osobnym poście :)
A gdybym tak miała bezpieczne i korzystne podłoże do rozwoju będąc dzieckiem? Czy wówczas musiałabym odkopywać swoją prawdę i auto-miłość? Czy musiałabym luzować niewidzialny "hamulec"? Gdy jesteśmy dziećmi, przeglądamy się w oczach swoich rodziców. Ich aprobata i zadowolenie jest dla nas największą "nagrodą". Kiedy jesteśmy na tyle rozwinięci, by spostrzec te "niuanse", zaczynamy wchodzić w rozmaite role, by zadowolić swoją Macierz. Wtedy zachodzi oderwanie się od swojej prawdy. Zaczynamy udawać kogoś, kim nie jesteśmy i tak się do tego przyklejamy, że po kilkunastu, czy kilkudziesięciu latach, zupełnie nie wiemy, kim na prawdę jesteśmy. Nie chodzi mi oczywiście o oskarżanie swoich rodziców. Owszem, popełnili wiele gaf. Wiem jednak, że wychowali mnie najlepiej, jak potrafili i w imię panujących w komunistycznej Polsce zasad.
Dziś, z perspektywy czasu czuję, że najbardziej dotkliwe w skutkach było negowanie mojej natury. Byłam dziewczynką spokojną, uwielbiającą wszelkie manualne prace. Często słyszałam słowa krytyki, że jestem za bardzo wycofana, "dziamdziowata", że nie poradzę sobie w życiu. Mimo, że byłam mała, czułam smutek. Było mi najzwyczajniej w świecie przykro, że nie spełniam oczekiwań, że jestem gorsza od przebojowej Kasi, wygadanej Moniki, wysportowanego Mateusza... Ciągle ktoś z dorosłych wiedział lepiej ode mnie. Co lubię, co powinnam, etc. Wówczas zaczęłam "hamować" samą siebie.
Nie jestem idealną mamą. Coraz częściej jednak "łapię" szersze spojrzenie na relację z dzieckiem. Swoim własnym i tym wewnętrznym. Pozwalając i temu i temu na więcej. Nie znaczy to, że przekraczają moje granice, czy wchodzą w sytuacje zagrażające życiu, ale z ciekawością eksplorują świat, odrzucając konwenanse, to, co wypada, czy to, co trzeba (czyt. zjedz - mimo, że nie jesteś głodny, bo tak trzeba, załóż podwójne rajtuzy - chociaż nie jest ci zimno - bo tak trzeba, itepe, itede). Życzę sobie, by moja perspektywa wciąż się poszerzała, dając możliwość na utulenie i otoczenie miłością wewnętrznego dziecka i bycie w fajnej interakcji z moim synkiem. Dlaczego najpierw wymieniam wewnętrzne dziecko, a potem swoją latorośl? Ponieważ, na ten moment jestem przekonana, że jeśli nie uzdrowię tego, co w środku, nie ma szans, bym z własnym dzieckiem egzystowała na zdrowej płaszczyźnie. Mogę przeczytać masę książek, brać udział w warsztatach i starać się trzymać wyuczonych zasad. Dziecko i tak odbierze to, czym wibruję, a nie to, co faktycznie mówię i przedstawiam mimiką. Ale o tym napiszę w osobnym poście :)
Reasumując. Ja Ci "hamulcu" już podziękuję. Czymkolwiek jesteś. Twoja rola dobiegła końca, czas więc się pożegnać. Odwracam się zatem do siebie, by rzucić w wir... lekkiego bytu.
Duża Joanna i Mała Joasia :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz